niedziela, 16 lutego 2014

Rimy

Zdjęcia wysuszonego "Rimy". Kupując wełnę z internetu nigdy do końca nie wiesz co tak na prawdę kupujesz. U mnie też nastąpiła taka sytuacja. Myślałam, że ma w sobie więcej niebieskiego. Nie ma. A i tak mi sie podoba. Trudno opisać jej prawdziwą barwę. Kojarzy mi się z zimą, szronem,lodem.
Jeśli chodzi o samą włóczkę Holst Yarn Coast, kolor Skylight, to pierwszy raz z niej dziergałam. Fajnie się z niej robiło, jest bardzo wydajna, zużyłam 3, 2 motka. Bardzo jestem ciekawa jaka będzie w użytkowaniu.
Robiąc ten sweter nie bardzo wiedziałam jaki będzie efekt końcowy. Z pewną dozą nieśmiałości wkładałam na siebie wysuszony, naciągniety Rimy. Na szczęście udało się i bardzo mi sie podoba. Jutro zakładam go do pracy.





Oglądam Olimpiadę, wręczanie złotych medali, słucham hymnu i leję łzy. Jakie to piękne! Tyle ciężkiej pracy nagrodzonej medalem, miłością nas, kibiców. Czekam na więcej.

środa, 12 lutego 2014

Nic nowego, trochę starego.

Środa.
Więc o czym dzisiaj mowa? Ano o tym:
Jeśli chodzi o dzierganie to walczyłam wczoraj do późna, aby zakończyć szarego, który nie do końca jest szary. I udało się. Zmoczyłam, wycisnęłam, rozłożyłam i teraz czekam aż wyschnie. Myślę, że wyszło nieźle.
No i teraz myślę co dalej. Czy kończyć chustę cieniznę, czy wykorzystać Limę Dropsa w kolorze ecru.  Czy zima już się skończyła i trzeba czegoś zwiewnego, czy dalej brnąć w wełnę. Najgorzej, że sama do końca nie wiem co z Limy zrobić. Czy rozpinany sweter, czy szeroki  luźny golf z warkoczami? Niestety jestem typową Rybą u której proces decyzyjny trwa długo. A do tego jak za długo myślę, to podejmuję niewłaściwe decyzję. Uwielbiam sytuacje, kiedy zobaczę jakąś fajną rzecz i wpadam w zachwyt. Ja to chcę mieć! Jeśli taka sytuacja nie następuje, to walczę i walczę z myślami.
Limy mam dużo, a nawet bardzo dużo.

No dobra, przejdę do książek. W tym temacie działo się jak zwykle, czyli całkiem, całkiem.
Skończyłam 'Easylog" Mariusza Zielke.To trzecia książka Mariusza Zielke, którą przeczytałam. I jakże inna od dwóch poprzednich. Poprzednie osadzone były w polskich realiach, opowiadały o problemach drążących Polskę, o wypaczeniach wśród rządzących, o aferach finansowych. Ich prawdziwość była porażająca. " Easylog" dzieję się w Stanach Zjednoczonych. Jej bohaterem jest Ben Stiller. Jego życie pełne jest zwrotów akcji, które czytelnik odkrywa na kolejnych stronach z zaskoczeniem. Nic do końca nie jest takie, jakie nam się wydaje.Bardzo ciekawa intryga, zmienność sytuacji to atuty tej książki.

Teraz czytam "Dagny życie i śmierć". Jakiś czas temu przeczytałam "Dzieci rozbójniczki" Grażyny Plebanek. Bardzo lubię jej powieści o kobietach, mocnych, słabych, wartościowych i tych walczących o każdy dzień życia. Wspomniane już "Dzieci rozbójniczki" to właściwie zbiór historii o kobietach znających swoją wartość, które osiągnęły w życiu jakąś pozycję, a nie zawsze to było to łatwe, gdyż żyły ładnych parę lat temu. Jedną z opisywanych kobiet była Dagny Juel Przybyszewska. I wreszcie dochodzę do sedna sprawy.Bo , gdy w bibliotece zobaczyłam książkę J.D. Landisa o Dagny to nie mogłam się jej oprzeć. Na razie przeczytałam koło 1/3 i jestem zachwycona. To niesamowite jak jedna kobieta mogła zawładnąć tyloma  światłymi ludźmi -pisarzami, filozofami, malarzami, rzeźbiarzami i stać się ich muzą, natchnieniem, miłością spełnioną i niespełnioną. Co ona takiego miała w sobie?
Czytam dalej!
Mój blog w zamierzeniu miał mówić również o bieganiu. I co? I nic. Raz na wiele postów, małym druczkiem, jakby ze wstydem, wspominam o moim kolejnym ulubionym hobby. Zimą niestety znajduję wiele wymówek, aby nie przebrać się i nie pobiec do lasu. Spróbuję się trochę zmobilizować. Ponieważ co środę piszę ze względu na Maknetę, to spróbuję podsumowywać też biegowy tydzień.
Może to mnie zmobilizuje do systematyczności.
Dobra. W mijającym tygodniu przebiegłam tylko 22 km. Dwa razy byłam w lesie, raz na 10, raz na 5km. Resztę wybiegałam z dzieciakami w szkole. Próbuję w nich zaszczepić miłość do biegania. I nawet mi się udaje. Raduje mi się serce, kiedy biegnę z nimi 2 czasem 3 kilometry i już nie jęczą, kiedy koniec. I nawet nie zauważają, że pokonują dystanse w większym tempie. Moje dzieciaki są cudne!

środa, 5 lutego 2014

Drutowo bez zmian, ale książkowo do przodu.

Ciągle to samo. Szary się robi. A nawet się musi trochę spruć, bo wyszedł za krótki. …………………….Tu nastąpiły mało parlamentarne słowa. Ładnych parę dni poszło w niebyt. Ale co tam jestem twarda. Zaraz spruję ( na szczęście nie cały sweter, ale jeden rękaw i 15 cm całości), nabiorę oczka i będę dalej robić z uśmiechem na ustach. Chyba.



Wspólne czytanie i dzierganie
Kolejny tydzień minął ze "Smoleńskiem" Teresy Torańskiej. Nie chciałam czytać tej książki. Koleżanka z pracy przyniosła mi ją i namawiała do przeczytania. Nie chciałam jej robić przykrości. I chciałam oddać bez czytania. Jednak zajrzałam do niej i przeczytałam pierwszych kilka zdań i koniec, wciągnęło mnie. Po raz kolejny przeżyłam tamta straszne chwile, smutek, żal, wzajemne oskarżanie, nienawiść, podziały. Są w tej książce fantastycznie mądre wypowiedzi pani Ewy Komorowskiej i Michała Kleibera, są wypowiedzi szalonych ludzi p. Szczypińskiej, Niesiołowskiego, Kamińskiego. Z wielu biją olbrzymie emocje. Spina to wszystko chłodny i rzeczowy osąd Torańskiej. To była bardzo mądra kobieta, która potrafiła obiektywnie oceniać wiele sytuacji. Wstrząsająca książka. 
A teraz lżejszy kaliber. Trzeba odreagować.

niedziela, 2 lutego 2014

Misia w sowach i feryjne wspomnienie.

Udało mi się dzisiaj uwiecznić moją cudną siostrzenicę Misię w sowach, które zrobiłam jakiś czas temu. Misia jest osóbką niesamowicie fotogeniczną. Pięknie wychodzi na zdjęciach. Jej nadworny fotograf Marzena-Marzi, jest jak wszyscy wiedzą we Wrocławiu, gdzie staje się wielkim matematykiem, więc musiałam wziąć sprawę, czyli aparat w swoje ręce i robić zdjęcia. Niestety Mój Własny Mąż , wykazał się talentem pedagogicznym i oświadczył 5-cioletniej dziewczynce, że rodzice ją porzucą( bo właśnie cała rodziną od nas wychodzili) i zostanie z nami. Ten super żart spowodował natychmiastowy płacz i Misia na zdjęciach wyszła trochę czerwona i lekko zapłakana. Ale starałam się jak mogłam. I oto efekt.


To ostatnie zdjęcie pokazuje nasze rodzinne podejście do pozowania. Większość z nas robi właśnie takie bardzo mądre miny.

Niestety dzisiaj jest ostatni dzień moich ferii. Toteż sączę wino i wspominam ostatnie spotkania z przyjaciółmi i próby zwiedzania. Próby, bo temperatury nie sprzyjały poznawaniu nowych miejsc. Przez dwa lata, które spędziłam z Własnym Małżonkiem w Niemczech , bardzo dużo zwiedzaliśmy. Poznaliśmy znaczną część Niemiec zwłaszcza zachodnią i południową część. Tym razem wracając do Polski postanowiliśmy odwiedzić Drezno. Piękne miasto! Szkoda, że zostało tak mocno zniszczone podczas wojny. To co zostało odbudowane i tak zrobiło na nas duże wrażenie! Gdyby nie -15 i wiatr, to wrażenia byłyby jeszcze lepsze. A tak ciągle szukaliśmy muzeów, kościołów, knajp, aby się trochę ogrzać. A to taka moja mała impresja na temat Drezna.





środa, 29 stycznia 2014

Szybkie druty i książki środowe.

Jestem ciągle na wyjeździe, więc dzisiaj szybko, krótko i zwięźle.
To szare, to jest szaro-niebieskie. I jest to moja bardzo swobodna improwizacja na temat Boxy i Relax. Druty 2,5 więc robię i robię. Ponieważ się gościmy u znajomych, to dziergam tylko w samochodzie. Pokonujemy setki a nawet tysiące kilometrów, więc dopóki jasność na zewnątrz to działałam. No i czasami przy pogaduszkach. To zielone to Sweet Dreams, chusta. Ciągle w powijakach. Długo marzyłam o tym wzorze, aż przeobraziłam marzenia w rzeczywistość. Zakupiłam wzór i zaczęłam robić. niestety wymaga większej uwagi niż szarak, więc poszedł w odstawkę.
A to szary z bliska.
Nawet mi się podoba. Zobaczymy co wyjdzie na koniec.
Kupiłam wełnę do farbowania i jestem przerażona. Czytam o farbowaniu i z każdym wersem jestem coraz bardziej zestresowana. Zakupiłam farbki. Byłam w sklepie fabrycznym Kakadu w Warszawie. Wizyta ta była dość klimatyczna. Najpierw stałam pod sklepem ładnych parę chwil zanim Pan mnie wpuścił do środka. Potem zadał mi pytanie co chcę farbować. 'Wełnę", odpowiedziałam. "A jaką?". A skąd mam wiedzieć? Marzena mi kupiła. Zaczęłam grzebać w telefonie w poszukiwaniu naszej korespondencji z Marzeną. Kiedy już podałam panu nazwę, zrobił dziwną minę( ja też jej teraz nie powtórzę). Nie wiedział o co chodzi. Ja zresztą też. Później pogadaliśmy sobie całkiem sympatycznie, razem dobieraliśmy kolory. Pomimo, że Pan był trochę wczorajszy, to była miła wizyta zakończona zakupem barwników. Co nie zmienia faktu, że farbowanie ciągle przede mną. O matko!!!

A teraz książki.
Jazda samochodem sprzyja czytaniu. Przeczytałam.

"Gołębiarki", napisaną przez Alice Hoffman.Książka opowiada o czterech kobietach, Żydówkach, żyjących w latach 70-tych naszej ery. Ich tragiczne losy pełne miłości, krzywdy, zła splotły się w Masadzie, górskiej twierdzy. Miłość nie zawsze szczęśliwa, przyjaźń, lojalność połączyła kobiety bardzo różne, ale chcące tego samego, spokoju. Książka o bólu, krzywdzie, o człowieczeństwie. Opowieść pani Hoffman pozbawiona patosu, opowiada o prostych i wielkich sprawach. Warto, nawet bardzo warto przeczytać. A jaką ma piękną okładkę!!!

"Kim byłbym bez ciebie" Guillaume Musso. Pech tej książki polega na tym,że czytałam ją po "Gołębiarkach". I właściwie powinnam na tym skończyć opisując tę książkę. Nie przypadła mi do gustu forma, sposób narracji. Używanie wielu zbyt wielkich słów do opisania miłości, to nie dla mnie. Czyta się szybko, ale bez emocji i pozostawia z niczym. Być może narażę się miłośnikom prozy Musso, no ale trudno. Czytałam "Telefon od anioła" i bardzo mi się podobała ta powieść. Może "Kim byłbym….." nie trafiła we właściwy czas.
Teraz czytam "Służące" Kathryn Stockett.

Kiedyś oglądałam film i bardzo mi się podobał. Książka jest super. Pokazuje życie ludzi kolorowych i białych w latach 60-tych na amerykańskim południu. Trzy kobiety opisują swoje przeżycia.
Kończę, wracam do znajomych.

sobota, 18 stycznia 2014

Chestnut jeszcze raz.

Sobota. Udało mi się wyciągnąć Własnego Męża z łoża i zmusić do wykonania kilku zdjęć. No i niestety nie był to najlepszy pomysł. Z "niewolnika nie ma pracownika". Z trzydziestu zdjęć, które pstryknął mąż, wyciągnęłam tylko 5.




Byłam już  w nim w pracy. Bardzo wygodny, ciepły i idealny do szerokiej spódnicy. Na pewno będę w nim chodzić.
Zaczęłam dwie feryjne robótki. Pierwsza to zmodyfikowane i to dość mocno pod względem wzoru i rozmiaru Boxy z szaro-błekitnego Holst Yarn Coast. Bardzo fajna w robótce włóczka. Druga robótka to Sweet Dreams, cudowny szal, do którego przymierzałam się od miesięcy. I udało się. Wczoraj zakupiłam wzór i biorę się do roboty. Jestem bardzo podekscytowana wolnym, możliwością wyspania się, wizytą u przyjaciół, zwiedzaniem, no i przede wszystkim możliwością dziergania do bólu i czytania, czytania, czytania. Jestem ciekawa, czy uda mi się coś wstawić w środę. Chociaż kontrolnie. Na razie.

środa, 15 stycznia 2014

Książki i trochę drutów.

Parę dni temu skończyłam czytać "Ogród Afrodyty" Ewy Stachnik. Opowieść o życiu Zofii Potockiej. Umierająca na raka hrabina przebywa w Berlinie i wspomina swoje barwne i ciekawe lata. Od córki greckiego handlarza bydłem, do żony majora Witta i na koniec Szczęsnego Potockiego. Jej życie było bogate w romanse, przechodziła przez wiele sławnych alków. Jednak nie mnie oceniać jej moralność. Podziwiam jej wytrwałość w dążeniu do osiągnięcia celu.Bardzo mi się podoba pokazanie najpiękniejszej kobiety Europy  przez pryzmat wielu jej bliskich osób. Bardzo dobra książka. Polecam gorąco.

A żeby nie było tak ambitnie, to wróciłam do skandynawskich kryminałów. Parę tygodni temu przeczytałam pierwszą książkę Ninni Schulman "Dziewczynka ze śniegiem we włosach". Obecnie kończę kontynuację owej książki- "Mężczyzna, który przestał płakać". W małym spokojnym miasteczku płoną domy, w których giną pozornie zwyczajni mieszkańcy. Postaci poznane w poprzednim tomie pracują nad sprawą, mają normalne, codzienne problemy i są ludźmi, z którymi się identyfikujemy. Bardzo dobre tempo, ciekawa intryga, do końca nie wiadomo kto jest sprawcą. Jeśli ktoś chce spędzić mile czas podczas niezobowiązującej lektury to bardzo polecam.
Obok książki na drzewku z buczyny wisi czapka w sowy dla Misi, mojej fantastycznej siostrzenicy. Z ostatniego swetra zostało mi trochę alpaki. Po co się ma zmarnować. Pewnie zostanie jeszcze na czapkę, niezbyt grubą dla mnie.
Magic Loopie zakupiłam sobie włóczkę na robótkę feryjną. nie będzie zbyt skomplikowana, bo większość czasu spędzę w samochodzie. Będzie to coś w stylu Boxy lub Relax, oczywiście z jakimiś warkoczowymi modyfikacjami. Jeszcze dwa dni.

Pierwsze zdjęcie bez lampy, drugie z lampą. Na drugim kolor bardziej prawdziwy, ale pierwsze zdjęcie ładniejsze. Marzena byłaby dumna.

wtorek, 14 stycznia 2014

Mój Kasztan.

Jutro środa, więc postanowiłam napisać wcześniej, bo wychodzi na to, że piszę tylko w środy. Skończyłam sweterek o wdzięcznej nazwie "Kasztan". Chodzi o kolor alpaki Dropsa. Jest to miks kolorów, które tworzą kolor kasztanowy. I taki jest. Piękny, głęboki! Bardzo mi się podoba. Już go kiedyś używałam w szalu, który stał się ponchem, które zimą zamienia się  w otulacz. Trochę skomplikowane, ale może później wyjaśnię. Zdjęciowo. Kiedy wróci mój fotograf, bo znowu mnie porzucił na jedną dobę. Na razie pokażę zdjęcia zwłok suszących się na tapczanie.


włóczka:Drops alpaka mix3650 prawie 4 motki, 0501 0,2 motka
druty:2,5 i 3,75
Sweterek wymaga jeszcze wykończenia, ale niewielkiego. Nie obcinałam nitek, bo zawsze z tym czekam, aż moje dzieło wyschnie i okaże się, czy nie trzeba skrócić lub wydłużyć. Taki suszący się "zezwłok" nie wygląda rewelacyjnie. Mam nadzieję, że nabierze uroku na modelce, czyli na mnie.
Wczoraj wdałam się w dyskusję z koleżanką o opłacalności robienia na drutach. Ona, że można kupić czapkę za 5 zł, że szkoda czasu, że lepiej go poświęcić na robienie czegoś innego, bardziej interesującego, że nie jest to tanie hobby. Ja, ponieważ byłam pokojowo nastawiona (dyskusja odbywała się po siatkówce, a ja byłam w zwycięskiej drużynie, więc po co nerwy), że jaka cena , taka jakość, że dzierganie należy do bardzo interesujących, odstresowujących czynności, że moje dziergadła są niepowtarzalne itd, itd. Po dość intensywnej dyskusji, rozeszłyśmy się w spokoju, ale każda została przy swoim zdaniu. Ciężko dyskutować z ludźmi, którzy nie czują miłości do robótek. 
Do jutra!

środa, 8 stycznia 2014

Środa.

I kolejny tydzień za nami. Czas się chwalić robótkami. U mnie marnie. Robię sweter. Bardzo odkrywcze stwierdzenie. Robię z alpaki Dropsa. Bardzo lubię tę włóczkę. Odkąd moje oczka zrobiły się równiejsze, chwytam zad ruty z większą przyjemnością.

A moją pracę nad sweterkiem spowolnili goście, zresztą bardzo mile zresztą widziani. Gościliśmy się przez parę dni i nie było mocy przerobowych. A wczorajszy dzień, znaczy popołudnie spędziliśmy w kinie na "Hobbicie". Bardzo mi się podobał! Zresztą cały cykl "Władcy pierścieni" i pierwsza część "Hobbita" bardzo przypadł mi do gustu. Przez książki nigdy nie przebrnęłam. Trzy razy próbowałam, ale zawsze utykałam w kopalni. I koniec. Zdałam się więc na wyobraźnię scenarzystów i reżysera. I się nie zawiodłam. Czy pisałam już, że bardzo lubię chodzić do kina? Choć w dzisiejszych czasach jest to coraz trudniejsze. Zewsząd słychać siorbanie coli, chrupanie chipsów lub popcornu, rozmowy ludzi niekoniecznie zainteresowanych filmem. A przede wszystkim te nieskończenie długie minuty reklam! Ale jestem twarda i dalej chodzę.

Teraz literatura.
Skończyłam "Plac dla dziewczynek" Leny Oskarsson.  Szkoda na nią czasu.Dołączona do serii skandynawskich kryminałów, ale chyba tylko obok niej leżała. 
No to wzięłam się za coś bardziej ambitnego "Ele, Eli" Wojciecha Tochmana. Bardzo , bardzo dobra książka. Niestety opisuje prawdziwy obraz Filipin, których my, jako turyści prawdopodobnie nie zobaczymy. Podoba mi się chłód opisów, emocjonalność komentarza. Przeraża mnie bieda, głód, choroby, wykorzystywanie seksualne kobiet, dzieci, ale takie jest tam życie.
Książkę ilustrują piękne! zdjęcia Grzegorza Wełnickiego.

A teraz czytam "Ogród Afrodyty" Ewy Stachniak. Jest to opowieść o Zofii Potockiej. Bardzo dobrze się czyta. Trudno mi powiedzieć jak będzie dalej. Na razie jest fajnie.

poniedziałek, 6 stycznia 2014

Zadziwienie, robótkowy kącik, trochę przeszłości i audiobook.

Trochę lat żyję na tym świecie.Parę ładnych lat robię na drutach. Oczywiście w dziedzinie drutowej jestem ciągle amatorką. Nie sądziłam jednak, że mogę coś zmienić w swojej technice dziergania. Ciągle zapominam o powiedzeniu, że człowiek całe życie się uczy. A o co chodzi?
Oczka w robótce przerabiam luźno. Oznacza to, że w trakcie robienia są bardzo nierówne i muszę blokować "dzieło". W żaden sposób nie mogłam tego zmienić. Jakiś czas temu czytając Intensywnie Kreatywną, przeczytałam o tym jak to ona przerabia oczka. W tym poście pokazuje jak je wykonać. Obejrzałam i zapomniałam. Nie wiem czemu podczas pierwszej tegorocznej robótki  zastosowałam się do jej wskazówek. I eureka! U mnie różnica jest kolosalna! W dalszym ciągu muszę robótkę blokować, ale serce moje raduje się patrząc na przyrastający sweter.

 Na pierwszym zdjęciu przerabiam po staremu, czyli owijając  wełnę wokół palca wskazującego.
Na drugim już nowsza wersja, która bardziej mi się podoba.
Wrocławski Święty Mikołaj przyniósł mi naczynie zapobiegające bieganiu motka po całym salonie i plątaniu się nitek, jeśli przerabiamy np. żakardy.

I w nowej robótce bardzo się przydaje.

Robótkowy kącik. Pimposhka zaproponowała, abyśmy pokazały swój robótkowy kącik. Ja mam dwa. Jeden został mi chwilowo zabrany. Fotel, w którym się zatapiam, zyskuje nową twarz u tapicera. Tam przesiaduję, gdy czytam i robię na drutach. Ten, który pokazuję jest telewizyjno-robótkowym.

Wczoraj odziałam się w sukienkę, którą zrobiłam chyba dwa lata temu.


Zaczęłam ją robić korzystając z darmowego kursu Doroty. Robiłam od dołu i jak doszłam do pasa i przymierzyłam, to sprułam. Wyglądałam jak syrena. Wszystkie kształty było widać. I nawet więcej. Druga wersja dołu bez oczek lewych i od razu lepiej. Wełna , z której robiłam to Elian Exklusive. Nie gryzie, dobrze się pierze w pralce, super nosi( nie wypycha się wiadomo gdzie) i jest ciepła. Same plusy. Może nie jest to mistrzostwo świata, ale ją lubię.

Chyba muszę zmienić tytuł bloga, bo o bieganiu jest tak dużo, że Was tylko zanudzam. Trochę nadrobię. Nie pisałam, bo mało biegałam. Na święta przyjechała moja przyjaciółka z Łodzi. I znowu zaczęłam. Mój domowy Św. Mikołaj przyniósł mi zegarek do biegania Garmin Forerunner 220. Poprzedni skończył się. I biegałam na zwykły, ale to nie to. Ten mierzy wszystko. Mój Własny Mąż zaraził się ode mnie bieganiem i dostał też od tego przynoszącego prezenty jeszcze lepszy zegarek, przygotowujący do triatlonu. Uczeń przerósł "Mistrza".  W czasie biegania słucham  jak już pisałam, audiobooków. Wczoraj wreszcie skończyłam "Zbrodnię i karę". Piszę wreszcie, bo rzadko biegałam, więc bardzo dużo czasu zabrało mi skończenie tego klasyka. to nie była chyba najlepsza lektura do biegania. Lektor Paweł Kutny nie będzie moim ulubionym. Zamęczył mi tę książkę na śmierć. Teraz słucham "Metro 2033" czytaną przez Krzysztofa Gosztyłę. I to jest inna bajka. Oczywiście jeśli chodzi o poziom literatury, to nie ma co porównywać na korzyść Dostojewskiego. Natomiast przyjemność słuchania pana Gosztyły jest niewątpliwa. Kończę na dzisiaj, bo ktoś musi zrobić obiad. Na razie.