czwartek, 27 marca 2014

Niewiele nowego.

Nie mam za wiele czasu. Właśnie wróciłam z pracy i zaraz biegnę, tzn jadę na siatkówkę i mam mało czasu, żeby coś napisać.
Nic nie zdążyłam napisać. Właśnie wróciłam i jestem rozczarowana. Przegrałam. I to z kretesem. Nie wiem jak to wpłynie na moją psychikę. Muszę być dzielna. I twarda. I wrócić do bezpieczniejszego zajęcia jakim jest dzierganie. Choć tu też nie zawsze się wygrywa.
Zielononiebieski posuwa się do przodu, ale wolno. Moje siły witalne są w lekko kiepskim stanie. Poleguję na kanapie z książką w ręku, czasami oglądam telewizję, a bardzo czasami dziergam.
To jest stan na dziś.

Zostało zakończenie dołu i dekoltu i rękawy. Czyli z górki.
To teraz książki. Mój ulubiony temat.
Cormac  McCarthy to mój ulubiony pisarz. Pokazuje Stany w ciemny, niespokojny, ponury sposób. Nie jest to LA, Miami, Nowy York. Najczęściej akcja dzieje się na głębokiej prowincji, bohaterami są bardzo pokręceni ludzie. "To nie jest kraj dla starych ludzi"jest mocną, bardzo dobrą książką. Parę lat temu nasz młodszy syn, nastoletni Mikołaj zachęcił nas do obejrzenia filmu o tym tytule. Był nim zachwycony. My również. Bracia Coen są reżyserami tego filmu,  ponadto Tommy Lee Jones i Jawier Bardem jako jedni z głównych bohaterów i czegóż więcej trzeba , aby opuścić kino w pełnym zachwycie. Toteż jak zobaczyłam książkę w księgarni, to nie mogła się oprzeć. Prosta, zwięzła narracja, tempo sprawia, że czyta się ją błyskawicznie. A opowiada o pewnym młodym myśliwym, który podczas jednego z polowań natknął się na niesamowite znalezisko. Ostrzelane samochody, kilka trupów, paczki z heroiną i dwa miliony dolarów. Zabiera dolary i od tego momentu, zaczyna się jego ucieczka. Bardzo polecam.

piątek, 21 marca 2014

Czwartek, czyli środa.

Ostatnio nie mam na nic czasu. Ciągle siedzę przed kompem i produkuję papiery, stosy papierów. Jak jeszcze raz usłyszę, że nauczyciel pracuje 18 godzin, to wybuchnę. Ale nie będę się rozczulać nad sobą i krótko opiszę i pokażę co miało być w środę.

Sweter to pomysł własny, rozwijający się na bieżąco. Jednego dnia przyrasta, drugiego traci na długości, bo okazuje się, że nie wiadomo dlaczego, ale jest za szeroki. Ale co tam, nie narzekam, w końcu 20 cm w tę czy w tę stronę na drutach 2,5, to pryszcz. 


Żadne zdjęcie, z lampą cze bez, nie oddaje kolorów. Super. trzy zdjęcia i na każdym inny kolor. Uwierzcie mi, jest niezły. Planuję skończyć, nie wiem kiedy. Dzielnie nad nim pracuję. Nie wymaga na razie specjalnej uwagi, choć muszę pilnować spuszczania oczek, ale czytać przy robótce owej można. Nie chciałam robić nic skomplikowanego, bo wełenka sama się broni i nie potrzeba żadnych fajerwerków, dla podkreślenia jej walorów.

Czytanie, ze względu na brak czasu również idzie jak krew z nosa. Ale daję radę. Nie wiem czy oglądałyście amerykański serial "The Killing", lub duńską wersję "Forbrydelsen", po polsku "Dochodzenie". Cudo! Zwłaszcza duńska wersja. Była pierwsza seria, druga, a teraz na "Ale kino" leci trzecia. Pani komisarz Sara Lund kolejne wersje biega w sweterkach we wrabiane wzory. Książka jest napisana na podstawie scenariusza. I jest bardzo dobra. Jestem w trakcie czytania drugiej części, bo pierwszą połknęłam jakiś czas temu, a teraz "walczy" z nią mój szanowny małżonek. Jeżeli lubicie kryminały to pokochacie przedziwną, drobiazgową, o fantastycznej intuicji, żyjącą w swoim świecie, nie potrafiącą się dopasować do otoczenia, panią komisarz.

niedziela, 16 marca 2014

Skończyłam wreszcie!!!!!

Jak to dobrze, że jesteście. Daleko, bo daleko, ale jesteście. Gdyby nie Wy, moje zielone Sweet Dreams leżałoby zakopane głęboko w koszu. Zaczęłam je w połowie stycznia, kiedy jechaliśmy na zimowe ferie. Szło mi całkiem nieźle, aż do momentu, gdy mi coś nie pasowało ze wzorem. Porzuciłam pierwszy raz. W międzyczasie skończyłam srebrzystoniebieski sweter. Powróciłam do chusty i robiłam długo, bez przerwy. Wzór był wymagający skupienia, więc nie bardzo mogłam czytać i oglądać telewizję. Zmęczyłam się tym. Porzuciłam po raz drugi. Zaczęłam robić następne dwie robótki. Biegając po Waszych blogach, przeczytałam jak radzicie sobie z porzuconymi dziełkami. Przerabiacie chociaż jeden rząd dziennie, może dwa. A mi zostało 5 wzoru, czyli 10 z powrotami. Zawzięłam się i w dwa dni, tylko dwa( a tyle było mojego myślenia, że nie dam rady, że mi się nie chce) skończyłam.
Moją chustę robiłam z Moon Night kolor 23 na drutach 3.5. Zużyłam 400 m włóczki.
Od pierwszego wejrzenia zakochałam się w tym wzorze. Robiąc go  miałam mieszane uczucia. Wzór nie układał mi się bardzo widocznie i cały czas miałam wrażenie, że coś jest nie tak. Dopiero po zblokowaniu wyszło całe piękno tej chusty. bardzo mi się podoba. Podobałoby się jeszcze bardziej, gdyby nie błąd w samym centrum wzoru. Cholera jasna! Gdyby nie to,że blog jest publiczny, napisałabym znacznie mocniej. Co sobie myślę, to moje. Na małe szczęście, można ją tak nosić, że chowam to nieszczęsne oczko.
Na zdjęciach też ukryłam.










Dwa lata temu zrobiłam mojej siostrzenicy Misi sweterek rozpinany i związywany paskiem. Rozmiar na tyle uniwersalny, że co jakiś czas przedłużam dół i rękawy i dalej jest do noszenia. Zrobiła go z Baby Merino Dropsa. Po zmoczeniu mocno się wyciągnął. Po kilku pierwszych tygodniach miałam wrażenie, że mocno się zmechaci, ale nie. Minęły dwa lata i włóczka wygląda całkiem nieźle. Zwłaszcza, że Misia mocno go eksploatuje.



Porażką są guziki. Śliczne różowe kwiatuszki, niestety nie nadają się do wełny. Są tępe, pełne zadziorów. Nie popisała się ciocia, czyli ja. No, ale cóż. Misi się spodobały i nie dała zmienić. I tak już zostało. 
To na razie. Idę do kina.

czwartek, 13 marca 2014

Jak ten czas szybko leci, znowu środa.

Dołączyłam do grona dziewiarek, które mają rozpoczętych kilka robótek i jakoś ich nie kończą. Mam trzy. Chusta, kremowa Lima i coś z mojej farbowanki.
Zielonej chusty nie pokażę, bo widziałyście ją mnóstwo razy. No chyba,że nastąpi ten dzień i wreszcie ją skończę. To kremowe to duży, szeroki i długi sweter z Limy. Nie ma jeszcze rękawów i dużego golfa. Najpierw zmoczyłam i suszę , aby sprawdzić czy to naprawdę mi się podoba i czy warto kończyć. Już jest prawie suche, więc wskoczyłam w ten twór. I jest nieźle. Chyba czeka mnie poprawka pod szyją, bo trochę jest szeroko, ale może zrobię szeroki golf. myślę, że do takiego wora będzie pasował.
Następne dzieło, to oczywiście wielka improwizacja. Sweter w serek na plecach i z przodu( dosyć duży dekolt) i raczej przy ciele. Bardzo jestem ciekawa, czy obejdzie się bez prucia. A kysz!!!!Tfu, tfu, tfu!. Co mi przychodzi do głowy. 

To teraz do książek.
Skończyłam "Braci Hioba", fajne czytadło. Niezobowiązujące, nie wymagające zbyt wielkiej uwagi.

Wczoraj skończyłam "Miłość z kamienia" Grażyny Jagielskiej. 

Bardzo dobra, mocna książka. Bardzo osobista, wręcz ekshibicjonistyczna opowieść żony reportera wojennego Wojciecha Jagielskiego. Mąż uzależniony od pracy, adrenaliny jaką niesie ze sobą wojna. Żona, zajmująca się przyziemnymi sprawami, osaczona opowieściami męża o okrutnościach wojny, o chwilach grozy ,w których się znajdował. Kolejne historie, opowieści, wspomnienia, wiadomości radiowe, telewizyjne pogrążają ją w niebycie, głębokiej depresji. Mimo ogromnego ciężaru ciągłego oczekiwania męża, a właściwie wiadomości o jego śmierci, wspiera go w pracy, upewnia go, że jest kimś ważnym. Aż do momentu, gdy jej krucha powłoka pęka i ląduję w szpitalu zdrowia psychicznego. Niesamowita książka! Zrobiła na mnie wrażenie, gdyż trochę się z autorką identyfikuję. Oczywiście nie w tak dużym stopniu. Mój Własny Mąż spędził parę ładnych lat  w niebezpiecznych rejonach świata jako obserwator wojskowy. wiem co znaczy czekać. Jedynie czego nie robiłam, to nie oglądałam wiadomości, nie skupiałam się na informacjach radiowych. Starałam się myśleć, że mój ukochany jest po prostu na długi, bardzo długim wyjeździe służbowym. Koniec.
Teraz czytam "Lewą stronę życia"Lisy Genovy.
Opowieść o kobiecie, której życie wypełnione jest co do minuty. Trójka dzieci, bardzo absorbująca praca, kochający mąż. Żyje jak automat, pozwalając sobie na płacz 5-cio minutowy dwa razy w miesiącu, jako upust frustracji. Pewnego dnia jadąc do pracy, traci panowanie nad kierownicą i budzi się w szpitalu. Na razie tyle przeczytałam. Co mogę powiedzieć. Czyta się błyskawicznie, bardzo dobrze napisane.

Bieganie.
Ja już jestem stara. Dwa dni pod rząd biegałam i wszystko mnie boli. W zeszłym tygodniu byłam na szkoleniu z technik nauczania ataku i bloku w siatkówce. W części praktycznej oczywiście ćwiczyłam A jakże! I co i potem umierałam przez trzy dni! Miałam tak okrutne zakwasy, że Mój Własny Mąż porykiwał ze śmiechu patrząc jakim "dziarskim i młodzieńczym" krokiem poruszam się po domu. A przecież biegam i gram w siatkówkę! To nie jest tak, że nic nie robię! Oczywiście MWM nie omieszkał dowalić ukochanej żonie, że wreszcie ktoś mnie zmusił do porządnego ćwiczenia. Ale śmieszne!
Nie ma się czym chwalić, jeśli chodzi o kilometraż biegania. Ostatni tydzień ledwie 12, a jeszcze wcześniejszy 0. Potrzebuję ostrego kopniaka, bo nic mi się nie chce (robić na drutach też). Ciągle jestem zmęczona. Dobra koniec narzekania. Pa, pa.

wtorek, 4 marca 2014

Farbowanie

Wszystko przez Marzenę. Namówiła mnie do kupna włóczki do farbowania. Ja osoba mało asertywna, po chwili wahania zgodziłam się. Przeraziłam się kiedy odebrałam z Wrocławia bezbarwne, śmierdzące precelki. I co ja mam teraz z tym zrobić? Będąc w Warszawie zakupiłam farbki. I na tym się skończyło. "Upierdliwa" Marzena co chwilę zadawała mi podchwytliwe pytanie " A co z wełenką"? Nic.
Postanowiłam zawalczyć z własnym lenistwem, lękiem przed nieudaną próbą. Mój Własny Mąż postanowił się pouczyć na podyplomówce i porzucił mnie na dwa dni. Nie miałam już żadnej wymówki. Wcześnie studiowałam strony opisujące sposoby farbowania. Teoretycznie byłam przygotowana rewelacyjnie. Zabezpieczyłam pół kuchni folią malarską, przygotowałam farbki.



 I zaczęło się. Bawiłam się jak dziecko! Tu pomazać, tam pomazać. Super! Oczywiście miałam plan kolorystyczny. nie do końca wyszło jak chciałam. Trzy różne zielone na wełnie nie wyszły różne, zlały się. No cóż. Nie ma tragedii.
Tu wygląda nieźle. Na sucho już niekoniecznie. Ale i tak mi się podoba!
Potem suszenie.


I efekt końcowy.

Oczywiście zrobiłam próbkę, ale aparat zostawiłam w szkole i nie mam odpowiedniego sprzętu do utrwalenia moich pierwszych prób farbiarskich. 
Zostały mi jeszcze dwa motki, które pomęczę fioletami w różnych odcieniach. Jak się uda.

sobota, 1 marca 2014

Wiosenny spacer Barnaby z Dinokogutem.

Od paru dni jest cudnie! Słoneczko, ciepło, miło i przyjemnie. Korzystam z tego biegając prawie jak szalona. Prawie, bo jakieś przesilenie wiosenne i słabość mnie ogarnęła i walczę z każdym kilometrem. Natomiast nasz "młodziutki" piesek Barnaba szaleje. Ciągle nas gania. Wchodzi, wychodzi z domu. I znowu, i znowu i znowu. A my grzecznie po schodach góra, dół, góra dół. Dba piesek o naszą kondycję.
Wczoraj przeczytałam kolejnego fotograficznego posta u Marzi. Toteż dzisiaj postanowiłam poćwiczyć. Barnaba wyprowadził do ogródka na spacer swojego ulubionego Dinokoguta. Dostał go od synów i Marzeny pod choinkę. I zakochał się. Jest to gumowy dinozaur, który wydaje dźwięki jak kogut. Często stawia swojego przyjaciela na posłaniu, a sam kładzie się obok. Jak mu rzucamy Dinkiem, to piszczy staruch z radości i młodnieje, lata za nim jak szalony. Miło popatrzeć.

Wyprowadzony Dino był obiektem moich ćwiczeń. I zgadza się wszystko to, o czym pisała Marzi. Górne zdjęcie jest z wyższą przesłoną, dolne z przesłoną 5,6 i tło jest rozmazane. Hurrra!


Tu Barnaba tarza się w trawie, której jeszcze nie ma.
 Zmęczył się i zajął się swoim przyjacielem. Zawsze łapie go bardzo delikatnie. Zastanawiamy się, czy nie chce słyszeć głosu wydawanego pod wpływem ściśnięcia stworu, czy jest tak subtelny z powodu wielkiej, dojrzałej miłości. Ja wybieram drugą opcję.


Barnaba nie bardzo lubi pozować. Odwracał się od obiektywu. Nie mogłam go uchwycić od przodu. Zaczął się na mnie denerwować. Oszczekał mnie bezczelny. Na ostatnim zdjęciu wścieka się na mnie i szczeka. Szkoda,że nie słychać.
Pozdrawiamy Was bardzo ciepło. Cała trójka.