niedziela, 30 listopada 2014

Jesienna Magnolia

Marysia Socha poprosiła mnie o test swojej czapki Magnolii. Ucieszyłam się, bo wzór piękny i wdzięczny. Jak pisałam wcześniej brakowało mi odpowiedniej włóczki a jak ją już wygrzebałam z moich pudeł, to się szybko skończyła. Musiałam zaprząc własnego męża do zakupu brakującej ilości w Magic Loopie w Warszawie. Mąż spędził miły czas w sklepie, przeprowadził pasjonującą rozmowę na temat robótek i zakupił to co miał zakupić. W takich sprawach mogę na niego liczyć.
Błyskawicznie ukończyłam czapkę. Uprosiłam męża aby zrobił mi ładne zdjęcia i udało się. Oto efekt dwutygodniowej pracy, zamiast jednego wieczora.








Wełna to ficolana arwetta classic robiona podwójnie na drutach 3,75 i 5,0.
Wzór jest piękny, bardzo plastyczny, bardzo dobrze rozpisany. Przepływa się przez niego łagodnie i spokojnie.
Skończyłam jak na razie małe formy. Teraz zostały mi większe wytwory na cienkich drutach. Nie wiem kiedy będę w stanie pokazać coś skończonego. Ale co tam, zima nadciąga, rano skrobię szyby rękami w cieplutkich rękawiczkach, opatulona w ciepłe szale, czapki własnoręcznie zrobione. Wieczory coraz dłuższe, więc jest więcej czasu na książki i druty. I będę dziergać i dziergać.
Przy cudownych lampkach, które do nas właśnie dotarły i będą nam dawały ciepłe, nastrojowe światło.



Pozdrawiam ciepło.

środa, 26 listopada 2014

I komplecik i środa do tego.

Nic nowego i odkrywczego to ja dzisiaj nie napiszę. Czas leci jak szalony! Mam dziwne i nieodparte wrażenie, że moje tygodnie składają się tylko ze śród. Najważniejsze, że to nie są wtorki. We wtorek to ja otwieram szkołę i ją zamykam długo po wszystkich. Dlatego też ów rzeczony wtorek do najulubieńszych moich dni nie należy.
Dobra, wracam do środy.
Kolor czerwony opisany i pokazywany już przez ostatnie parę miesięcy. Status Stilla uległ lekkiej zmianie, bo doszłam już do kończącego korpus ściągacza. Więc może już za kolejne parę miesięcy, a może na następną zimę będę dumnie prezentować na zdjęciach. chociaż z tą dumą to może nie być najlepiej. Ostatnia przymiarka przyprawiła mnie o lekkie palpitacje serca. Coś jakieś takie wąskawe wyszło. Robiłam rozmiar s, bo ja luźno robię, na drutach 2,75. Pytałam Marzeny czy Jilly się rozciąga. uzyskałam odpowiedź, że niekoniecznie. No cóż. Będę się martwić później.
To zielone to początek swetra. Marzena pisała, że mamy się chwalić. Na razie nie ma czym, więc takie zamglone pokazuję. 
O książce nic nie napiszę, bo dopiero zaczęłam.
Za to kilka słów o Cabre "Głosy Pamano". Skończyłam wczoraj. Zarwałam pół nocy, bo nie chciałam końcówki zostawiać na rano. I coś mam dzisiaj takie malutkie oczęta. 
Książka jest bardzo dobra. Cabre nie pisze o pierdołach, jego książki są o czymś. Tym razem jest o miłości, zdradzie, zawiści, bohaterstwie, honorze. Fabuła książki nie jest jak zwykle prosta. W jednym zdaniu przenikają się historie z czasów Franco z bieżąco opowiadaną treścią. Początkowo szło mi ciężko, bo czytałam na lotnisku w oczekiwaniu na lot, który ze względu na mgłę, niestety przesunął się o dobę. Nie za bardzo mogłam się skupić na skomplikowanej fabule, kiedy ciągle nasłuchiwałam, co z nami, kiedy będzie kolejna informacja o wylocie. Jak na razie, po przeczytaniu dwóch książek Cabre, mogę powiedzieć, że jest on moim wielkim odkryciem i moją wielką miłością. "Wyznaję" zrobiło na mnie większe wrażenie, ale "Głosy Pamano", też nie pozostawiają czytelnika obojętnym. 

Jak już jestem przy głosie, to pokażę komplecik, który zrobiłam dla Moniki z Warszawy . Robiłam jej sweter, który pokazywałam przed rękawiczkami. Zamówiłam, jak się okazało, za dużo włóczki. Ponieważ nie była tania, to postanowiłam wykorzystać resztę na komin i czapkę. Justyna Lorkowska organizuje zimowy KAL, więc wykorzystałam jej wzór Fuego i zrobiła na jego wzór również czapkę i wyszło tak:
To ja, styl arabski.


Mój subtelny, malutki nosek przekazałam w darze synusiowi Mateuszowi.

Z czapką improwizowałam. Wzór kupiłam tylko na komin. Ale chyba nieźle wyszła.






Z komina Monika jest bardzo zadowolona, bo jest ciepły i mocno otulający szyję. Dla niej ma to znaczenie, bo jest okrutnym zmarzluchem. No to się cieszę. Z tego, że komin jej się podoba, a nie z tego, że w Polsce marznie.

Nie skończę dzisiaj tak szybko. ponudzę jeszcze trochę. Wypracowałam parę dni wolnego, toteż skorzystaliśmy z okazji i polecieliśmy z mężem osobistym do znajomych, do Sztokholmu. Wredna mgła zabrała nam jeden dzień, ale i tak miasto położone na wyspach urzekło mnie. Jest piękne! Wrócimy tam jeszcze raz, kiedy będzie zielono i dłużej jasno. A oto mała sztokholmska zajawka.







I to już jest koniec.

niedziela, 23 listopada 2014

Moje pierwsze rękawiczki!!!!

Skończyłam!
I jestem bardzo, bardzo zadowolona!
Jak już wcześniej pisałam, rękawiczki wydawały mi się wyższym stopniem wtajemniczenia. A tu niespodzianka! Dzięki drutom na żyłce, robiłam na okrągło i to szybko. Jestem pewna, że zrobię sobie jeszcze niejedną parę.
Dziergałam z Delighta Dropsa w kolorach beige-grey-pink. Ściągacz robiłam na drutach 2,5, resztę na 3,25.





I z tymi optymistycznymi kolorami życzę Wam miłego niedzielnego popołudnia.

piątek, 21 listopada 2014

Burgund Moniki

Nadeszła wiekopomna chwila! Już po prawie dwóch miesiącach pisania, pokazywania szczątków robótki, wreszcie skończyłam, zblokowałam, wysuszyłam, pochowałam nitki, po raz kolejny sprułam listwę, bo trzy guziki to było za mało, zapakowałam, przekazałam mężowi, który udawał się do stolicy, aby między innymi oddać go właścicielce. I właśnie miałam zwrotny telefon, że wszystko jest dobrze, że pasuje, że biust się mieści, że jest cieplutki i bardzo miły. Hurrrraaaa!
Pozbyłam się balastu! Mogę zająć rączyny innymi dziełami.
Sweter, nazwany roboczo przeze mnie burgundem (jestem wielbicielką wina- chociaż ja wolę białe), to była mała droga przez mękę. Jak pisałam wkładka do swetra mieszka w Warszawie i jest totalnie innej budowy niż ja. Ma duży biust, który u mnie jest w stanie zaniku, ma drobne biodra, a ja mam na czym usiąść. Zdałam się więc na tak zwanego czuja. Okolice biustu modelowałam i zwiększałam rzędami skróconymi. I na tym etapie prułam już dwa razy. Kolejne dwa razy prułam, bo nie podobał mi się wzór wstawki bocznej. Jak doszłam do listwy wykończeniowej przodów, też nie obyło się bez prucia. Na sam koniec, po praniu okazało się, że zrobiłam trzy dziurki i to było za mało, listwa wisiała. Udało mi się spruć tylko część listwy i zrobić cztery dziurki. Ale musiałam zmienić guziki, bo już za tym ostatnim razem, wyszły mi jakieś małe i pierwotne guziki się nie mieściły. A już nie miałam siły na kolejne prucie.
Zrobił się środek nocy. A musiałam jeszcze zrobić kilka zdjęć. Niestety osobisty fotograf myślami był już przy wielkiej chwili, która go jutro czeka. To nie ja byłam obiektem jego zadumania, co odbiło się na zdjęciach. Tylko jedno się nadaje do publikacji i to z bólem. Resztę zrobiłam na złociutkiej.
Musiałam okrutnie popracować nad tym zmęczonym zdjęciem.


Dekolt wykańczałam przekręconymi oczkami.




Guziki wygrzebałam z tajemniczej puszki pełnej różnych cudów.


 Zaszewki na manekinie i na mnie leżą dużo niżej niż potrzeba, ale na właścicielce podobno są na właściwym miejscu.



Kieszonki wyszły według mnie najlepiej.


Włóczka to Camel Hair Lana Gato, merino extrafine 60% i 40% wełny wielbłądziej. Dziergałam na drutach 3,75 i 3,25.
Jutro, albo później pokażę komin i czapkę.
Dobrej nocy.

czwartek, 20 listopada 2014

Bez tytułu

Strasznie ciężko jest ciągle wymyślać tytuły postów, które piszę prawie tylko w środę. Toteż dzisiaj będzie bez tytułowo.
To fioletowe, to nieskończona czapka Magnolia, którą miałam zrobić na prośbę Marysi Sochy. Miałam.  Kiedy Marysia poprosiła mnie, abym przetestowała jej wzór, zgodziłam się z ochotą. Rzuciłam się do moich zapasów i oczywiście okazało się, że nie mam żadnej włóczki, z której mogłabym wydziergać to cudeńko. Pognałam do miejscowej pasmanterii licząc, że może znajdę tam coś ciekawego. Po raz kolejny wyszłam ze sklepu żadnego motka. Niestety sprzedają u nas same akryle, z których ja już nie potrafię dziergać. Wróciłam do domu i po raz kolejny pogrzebałam w koszach. Zdecydowałam się na Ficolanę Arwettę, która pozostała mi po Inky. Robiłam podwójną nitką, aby uzyskać pożądaną grubość. Wszystko było fajnie, wzór bardzo czytelnie rozpisany,  dopóki nie skończył się motek. I teraz czeka( czapka oczywiście), aż mój własny mąż uda się do stolicy i przy okazji wielkiego stresu podczas zdawania bardzo ciężkiego egzaminu, dokona zakupu brakującego motka w Magic Loopie. W piątek będę trzymała za niego kciuki! Za egzamin i za zakupy, bo planuję jeszcze zrobić komin, korzystając z warkocza Magnolii i może rękawiczki.
Na dole zdjęcia jest moja pierwsza w życiu rękawiczka i kawałek drugiej. Przymierzałam się do ich dziergania  już od dość długiego czasu. ponieważ wydawało mi się to niesamowicie skomplikowane, to zabierała się do teko jak kot do jeża. A to jest takie proste! Skorzystałam ze wzoru Justyny Lorkowskiej na mitenki D'ont skid, honey! Wybrałam resztki Delighta dropsa, które zostały mi z dziergania Inspira Cowl. Bardzo mi się podoba zestawienie kolorystyczne. w drugiej będzie inne.
W tak zwanym międzyczasie skończyłam sweter dla córki przyjaciół domu, komin i czapkę. Ale to w następnym poście.
A ponieważ dzisiaj jest środa, to nie może zabraknąć paru słów o książkach.
1. "Betonowy pałac" Gai Grzegorzewskiej. To moja pierwsza książka tej pani i jakże dobra. Już dawno nie czytałam tak dobrej polskiej książki sensacyjnej. Opowiada ona o świecie, który żyje, pulsuje pod skórą Krakowa, lub każdego innego miasta, o świecie, który dla zwykłego, szarego człowieka jest abstrakcją, o świecie gangsterów, oprychów, narkomanów, dziwek. Książka jest bardzo mocno osadzona w realiach, więc czytając ją ma się wrażenie, że jest się w samym centrum wydarzeń.
2."Pielgrzym" Terry Hayes.
W tej książce jest wszystko, co zostało już opisane, terroryzm, najlepszy na świecie agent specjalny, zły muzułmanin, dochodzenie. I co z tego, że to już było. Hayes stworzył opowieść o Pielgrzymie, człowieku, który oficjalnie nie istnieje, pełną tempa, rzetelnego opisu technik śledczych i pracy agentów. I przede wszystkim nie można się od tej książki oderwać. Wciąga od pierwszej do ostatniej strony.
3. "Oni nie skrzywdziliby nawet muchy" Slawenki Drakulić. To jest bardzo mocna rzecz! Parę lat temu wracając z wakacji w Chorwacji, odwiedziliśmy kolegę mojego męża, Chorwata, mieszkającego z rodziną w Vukovarze. Przyjaciel ów był jednym z dowódców obrony Vukovaru. Pokazywał nam wile miejsc opowiadających straszną historię tego miejsca i ludzi w nim żyjących. Zrobiło to na mnie ogromne wrażenie. Czytam wszystko co wpadnie mi w ręce na ten temat. Pamiętam, jak siedziałam przed telewizorem podczas wojny bałkańskiej, nie mogąc uwierzyć, że takie okrutne wydarzenia mają miejsce pod koniec dwudziestego wieku. Książka pani Drakulić to próba rozliczenia się z przeszłością, zrozumienia ludzi, którzy będąc normalnymi, zwykłymi ludźmi, mordowali, gwałcili, dopuszczali się czynów, które nie mieszczą się w głowie. 
4. "Głosy Pamano"Jaume Cabre. Tę książkę aktualnie czytam. Jest baaaardzo dobra! Ale o niej później. Jak przeczytam. 
To narka, dziewczynki.