wtorek, 10 września 2019

Hahaha, I smell snow...

       Ponad dwa lata mieszkam w Malezji i chyba mam prawo mieć chęć, aby poczuć chłód.
Teoretycznie. Gdyż ja takiej chęci nie mam. Jest mi dobrze w tym cieple. Sama jestem zdziwiona, że tak dobrze się zaadoptowałam. W Polsce, kiedy temperatura wzrastała powyżej 25 stopni umierałam. Może było to wynikiem tego, że u nas są cztery pory roku, a poza tym temperatura potrafi skakać jak jej się podoba od + 30 do +15. I kto normalny takie skoki temperatur wytrzyma. Haha, mój mąż. Jemu jest dobrze w każdej temperaturze, w -20 i w +40. Taki typ człowieka.
W Malezji cały rok temperatura jest stała +32 stopnie, z wahaniami +- 2 stopnie. I do tej równości tak się przyzwyczaiłam, że odczuwam każde niewielkie wahnięcie. Codziennie powinien również padać deszcz. powinien. Pierwszy nasz rok był typowy dla tego rejonu. Codziennie dwa razy w dzień i raz w nocy padał krótki (30-60 minut), ale bardzo intensywny deszcz, często połączony ze straszliwymi wtedy burzami (teraz się przyzwyczaiłam i już nie kulę się na kanapie, tylko z wielki oczami oglądam piorunowe spektakle). Tak było w porze deszczowej. W porze suchej deszcze padały dużo mniej, a nawet potrafiły być kilkudniowe przerwy. Drugi rok był inny, słoneczny i bardzo mało deszczowy. To przekładało się na większy smog. Od dwóch miesięcy smog jest tak duży, że zaczęliśmy z mężem biegać w siłowni i myślę o noszeniu maski.
       Ta króciutka zajawka byłą po to, aby pochwalić się nową chustą. Wełnianą i to podwójnie wełnianą. Potrzebowałam bezmyślnej robótki na wyjazd, już nie pamiętam jaki. Wełnę kupiłam u indonezyjskiej farbiarki Papiput Yarn i wybrałam wzór I smell snow Melody Hoffman. Skłoniły mnie do tego wersje Marzeny i mariedegustibus. To piękny w swojej prostocie wzór. Bardzo lubię projekty, podczas robienia których mogę czytać, oglądać filmy, a na koniec wychodzi coś pięknego.
Robiłam na drutach 3,75 i wyszła mi wersja taka akurat, nie za duża i nie za mała.







I jeszcze jedno zdjęcie, które może nie pokazuje za dużo szala, ale pokazuje jeden z moich zakupionych na wyspie Langkawi batików. Jest przepiękny i aby nie stracił kolorów, bo w naszej sypialni mamy olbrzymie okna , umieściliśmy go za szybą.

     Pokaże wam jeszcze bluzkę, którą uszyłam sobie parę miesięcy temu. Len i bawełna to są materiały, które stanowią bazę mojej tutejszej garderoby. Blisko mnie w centrum handlowym jest olbrzymia i świetnie zaopatrzona księgarnia, gdzie zaopatruję się w handcraftowe książki. Z tej książeczki

uszyłam sobie bluzkę ze strony tytułowej. Bardzo ją lubię. Prosta, luźna, wygodna. Języka nie znam ni w ząb, ale na szczęście są rysunki.


Moja wersja jest jasno szara.






W tym miesiącu mamy trzy z rzędu długie weekendy. Fajnie, prawda?
Z tej okazji, w poprzedni piątek pojechaliśmy do Ipoh, miasta położonego dwie godziny (jak nie ma korków) na północ od Kuala. Byliśmy tam kiedyś z bandą z Wrocławia, ale krótko. Postanowiliśmy poznać ten rejon lepiej.
Wybrałam hotel, który był na obrzeżach miasta i tak cudownie położony, że nie mogliśmy przestać patrzeć przez okno, wzgórza i dżungla wchodziły nam do pokoju. I było tak cicho!!! W Kuala mieszkamy w samym centrum miasta, a do tego mamy wkoło budowy i jeszcze meczet. Genialnie!!
A tam cisza aż bolała.


Oprócz błogiego lenistwa zwiedziliśmy kilka świątyń, położonych w jaskiniach. I nie tylko.

     Niestety zdjęć więcej nie będzie. Na razie. Pisząc tego posta padł mi mój ukochany komputer. Najpierw pokazał na ekranie piekną abstrakcję, potem zaczął wydawać dżwięki  jak nasz buczek na molo w Ustce i zakończył swój zywot. Mam nadzieję, że na chwilę.
Kończę tego posta na innym kompie i nie chce mi się już bawić ze zdjęciami.

     Wspomnę tylko o ostatnich książkach. Z ciężkiej reportażowej literatury, przerzuciłam się na beletrystykę. Mój umysł potrzebuje lekkości. Ostatnie tygodnie na uszach to cztery tomy serii Eleny Ferrante: "Genialna przyjaciółka", "Historia nowego nazwiska", :Historia ucieczki", "Historia zaginionej dziewczynki". Opowiadają te książki historię znajomości, przyjaźni Eleny i Liny, dziewczynek z ubogiej części Neapolu. Ich relacja jest bardzo zmienna, nie zawsze są blisko siebie, drogi ich często się rozchodzą. Nie wiem jak się skończy, bo została mi połowa ostatniej części.
Słucha się bardzo dobrze.

     Kolejną pozycją jest "Dama z wahadełkiem" Pauliny Kuzawińskiej. Polska autorka zabiera nas do  Anglii, na Wzgórze Mgieł. Bohaterka Hortensja, przyjeżdża do domu swojej ciotki, abu leczyć złamane serce. Jednego wieczoru został zorganizowany seans spirytystyczny. Podczas jego trwania umiera jedna z uczestniczek, następna ginie jakiś czas później. Wszyscy są podejrzani. Jest to książka dla wielbicieli Agathy Christie, Sherlocka Holmesa, wiktoriańskiej Anglii. Świetna, szybka, przyjemna lektura.

     Teraz czytam "Siedmiu mężów Evelyn Hugo" Taylor Jenkins Reid. Sławna amerykańska aktorka u schyłku życia pragnie wyjawić tajemnice swojego życia, które do tej pory skrzętnie ukrywałą. Do napisania swojej historii wybiera młodą, nikomu nieznaną  dziennikarkę Monique. Bardzo dobrze napisana opowieść, ukazująca realia pracy aktorów w latach 60-tych, relacje międzyludzkie, a przede wszystkim ludzi, uczucia, które nimi kierują. Bardzo wciągająca książka.


poniedziałek, 12 sierpnia 2019

Tak po prostu...

Malezja jest bardzo ciekawym krajem. Wielokulturowym, wieloreligijnym. Przez to na ulicach jest duża różnorodność rasowa, w stroju, kolorze. Ponad 60 % ludności to Muzułmanie, ale przez to, że mieszkam w stolicy mogę ubierać się jak chcę i nie mam z tym żadnego problemu. Oczywiście, kiedy byliśmy na krótkich wakacjach na północnym wschodzie, pamiętałam o zakrytych ramionach i dłuższych sukienkach. Ja sama czułam się źle, kiedy byłam jedyną białą ubraną dość swobodnie, pośród kobiet dość skrupulatnie zakrytych.
Rząd, sami Malezyjczycy mówią o sobie, że są "jedną Malezją", gdzie wszyscy mają równe prawa. Rzeczywistość jest trochę inna. Malajowie są wyraźnie faworyzowani. Chińczycy i Hindusi narzekają, że nie mają tak dobrze. Nie mają szans na wysokie stanowiska w rządzie, w wojsku. Ciężko pracują, to te dwie nacje wyrabiają wysoki poziom finansowy kraju.
Dla mnie, obcokrajowca mieszka się tu dobrze. Ludzie są przyjaźni, otwarci, chętni do pomocy. I przede wszystkim mówią po angielsku, lepiej, gorzej ale można się prawie z każdym dogadać. Ja też nie jestem mistrzynią tego języka, więc znajdujemy wspólny język.
Ten trochę przydługi wstęp był po to, aby napisać, że dzisiaj nie pracuję, bo mamy święto Hari Raya Haji. Świat w Malezji jest mnóstwo, malajskie, chińskie, hinduskie, a jeśli do tego dołoży się nasze polskie, to wychodzi mnóstwo wolnego:))

Postanowiłam trochę nadgonić szycie. Bardzo mało tutaj szyję. Jak wracam z pracy, to mam czasu na tyle, aby zrobić po drodze szybkie zakupy, przygotować kolację, poprasować. Po posiłku, już mi się nic nie chce, poza zalegnięciem na kanapie z drutami w ręku, z książką lub laptopem na kolanach.
Coś tam uszyłam, ale oczywiście zdjęć brak!!!
Na łóżku od 2  miesięcy leży skrojona sukienka. Obok leży materiał, urodzinowy prezent od wrocławskich dzieci, który przyszedł z Nowej Zelandii. Mam jeszcze kilka batików, które również na coś czekają. Problemem jest chyba to, że nie jestem super biegła w szyciu i tak walczę sobie z japońskimi wzorami, których nie rozumiem, a jedynie odgaduję z obrazków co mam robić.

Z drutam jest łatwiej. To moje naturalne środowisko rękodzielnicze. nie potrafię bez nich funkcjonować. Małym zamiennikiem jest szydełko, jednak jedynie w postaci prostych wzorów zastosowanych w szalach, pledach.

Aktualnie kończę mężowy cardigan , czyli zostały mi listwy na guziki i rękawy w pasiastym swetrze dla mnie według wzoru Joji.

Ale ja wam pokażę coś innego. Coś co ma już cztery miesiące i sprawdziło się w Nowej Zelandii. Pewnie pamiętacie, że przed wyjazdem w moje wymarzone miejsce, szalałam z drutami, aby uzupełnić garderobę. Możecie to zobaczyć tutaj. Oprócz tego zrobiłam sobie cardigan z kapturem, czyli Hood on the moon Katrin Schneider.  Świetnie rozpisany, prosty, z fantastycznym kapturem.
Robiłam rozmiar s, mieszanką wełny i baby alpaki (wykupiłam cały sklep chyba) w przepięknym rozbielonym szarym kolorze.
Użyłam drutów 3,75 i 4,0.







 Patrząc na te zdjęcia, dochodzę do wniosku, że musze przeprosić się z fotografem i lekko go przymusić do robienia zdjęć.






Ostatnio przeczytałam książkę Agaty Romaniuk " Z miłości? To współczuję. Opowieści z Omanu".

"W Omanie żona zazwyczaj dostaje określoną sumę na własne wydatki, ktore nie podlegają jego kontroli. To średnio kilkaset riali, czyli kilka tysięcy złotych. Jeśli żona pracuje, najczęściej zachowuje całą pensję dla siebie. Obowiązkiem męża jest utrzymać dom, dzieci i wszystkie żony....
Czyli ty jesteś jedyną żoną Mr. Grega? - pyta mnie Salika. To masz ciężko. ...Sama jesteś. Zawsze musisz z nim sypiać, ty musisz gotować, zabawiać jego matkę i siostry, wysłuchiwać problemów w pracy. Wszystkie dzieci musisz sama rodzić. Ciężko masz. A wasze małżeństwo jest aranżowane czy z miłości?
-Z miłości...
-No tak z miłości. To współczuję. Jak miłość się skończy, zostaniesz z niczym."

Bardzo dobrze napisana książka. Autorka zebrała opowieści kobiet omańskich klasy wyższej i średniej. Jak sama napisała, wiele z tych opowieści niekoniecznie są powszechne, ale opisują rolę i miejsce kobiet w Omanie. Dla mnie, która urodziłam się w Europie Środkowej, nie wszystkie opisane zdarzenia, byłyby do zaakceptowania. Oczywiście, gdybym pochodziła z tego skrawka świata, większość byłaby normą.
 Czytałam z ciekawością, bo mam tutaj koleżankę z Omanu. Nie mogę jednak z nią skonfrontować treści książki, bo jej angielski jest prawie zerowy i komunikujemy się poprzez męża. A ciężko zapytać  męża, czy to prawda, że mężczyźni w Omanie mają Panie, które utrzymują poza związkami małżeńskimi i które zaspokajają ich potrzeby seksualne? Ups, byłoby nieźle.

I to by było na tyle.
U mnie dzień się skończył, a u Was lunch na ukończeniu. Czasami ta różnica czasu jest męcząca, zwłaszcza zimą. Pozdrawiam ciepło.



niedziela, 4 sierpnia 2019

Cowboys & Angels i nie tylko

Coraz częściej dopadają mnie myśli o zakończeniu przygody blogowej. Coraz mniej chęci, mniej motywacji, żeby usiąść, przejrzeć zdjęcia, które najpierw trzeba zrobić ( samej sobie jest ciężko, a nawet bardzo ciężko trafić z ostrością i jakością), no i na koniec sklecić coś składnego, żeby dało się czytać. Ciągle walczę ze sobą.
Czeka kilka podróży, w tym Nowa Zelandia. Jak pomyślę o przeglądaniu setek, a może tysięcy zdjęć, to słabo mi się robi. O dziwo, pierwszy raz podczas wyjazdu robiłam notatki. Byłam tak zachwycona tym przepięknym końcem świata, że pisałam, aby nie umknęły mi wrażenia.
Czekają robótki, które już poszły do ludzi. Zrobiłam im kilka zdjęć, aby pamiętać.

Póki jeszcze mi się chce, pokażę wam chustę i szal zrobione według tego samego projektu, którego autorem jest Isabel Kraemer "Cowboys & Angels. Potrzebowałam prezentu dla koleżanki, która po 4 czterech latach spędzonych w Malezji, wracała do Polski. Kupiłam tweedową włóczkę, w kolorze brudnej czerwieni i zabrałam się do pracy. To była wielka przyjemność praca z wełną i projektem, świetnie rozpisanym, z ciągłymi zmianami wzorów.
Wełna to Pure Wool naturals 8 ply, firmy 4 seasons, trochę rustykalna, ale przy robieniu na drutach 4,5 zyskała na lekkości, a miękkości po blokowaniu. Wyszła naprawdę ładnie. Nie oddały tego zdjęcia, bo robiłam je sobie samej, komórką, w pełnym świetle. Możecie mi uwierzyć, że właścicielka była baaardzo zadowolona. Moje serce urosło, kiedy zobaczyłam jej radość. Dla takich chwil warto robić na drutach.
Lubię robić prezenty na drutach:) Zwłaszcza ludziom, których lubię i cenię.










Ups, miałam problem z ostrością. To dopiero widać na dużych zdjęciach. Trudno, innych nie będzie, bo chusta już w Polsce.

Tak mi się ten projekt podobał, że postanowiłam go zaadaptować do szala, który miał być następnym prezentem. Kupiłam mieszankę wełny i baby alpaki w przepięknym jasnym gołębim kolorze. Robiłam również na drutach 4,5. Leciałam jak szalona, bo wzór bardzo mi się podobał. I nawet robienie bąbli nie było takie straszne. Dziergałam w każdej wolnej chwili, w samochodzie, samolocie, wszędzie.
Jak skończyłam, zblokowałam, byłam zachwycona swoją pracą. Niestety. Byłam.
Kilka lat temu od mamy dostałam zestawy prostych drutów, których już nie używała, a mnie służyły do blokowania. Były idealne. Do czasu, aż pokonała je Malezja, a właście wilgoć.
, czKiedy wyciągałam je z szala płakałam rzewnymi łzami. Na brzegu, w wielu miejscach po drutach pozostały ślady rdzy. Nie mogłam ich usunąć w żaden sposób!!!! W żaden. Trochę zbladły po wielokrotnych próbach ich usunięcia, ale nie mogłam takiego szala dać w prezencie. Został dla mnie.
















A ja musiałam zrobić drugi, bo Patrizia, czyli kolejna obdarowana wyjeżdżała do Włoch. W ekspresowym tempie 8 dni powstał nowy prezent. Tym razem postawiłam na inny wzór Starlight Janiny Kallio. Szal wyszedł bardzo ładny. Tym razem maminych drutów już nie używałam, tylko walczyłam z mnóstwem szpilek. I tak drżałam ze strachu, czy one czasem też nie zardzewieją. Moje modlitwy zostały wysłuchane, wszystko skończyło się dobrze. Jednak zdjęć jest tylko kilka, bo szybko szal przeszedł w nowe, dobre ręce.








I to na razie tyle jeśli chodzi o druty. Chciałam coś jeszcze napisać o książkach, których pochłonęłam całkiem sporo, ale to może innym razem. Wspomnę o ostatnich kilku, które zrobiły na mnie największe wrażenie.
Teraz czytam "Złego" Tyrmanda. Czytałam tę książkę na studiach i bardzo mi się podobała opowieść o powojennej Warszawie, awanturnicza, przygodowa. Przed "Złym " zapoznałam się z biografią Tyrmanda napisaną przez Marcela Woźniaka. Tak mi się ona spodobała, że postanowiłam wrócić do przeszłości. Chciałam sprawdzić, czy książka wywrze na mnie takie samo wrażenie, jak przed laty. Początek nie przypadł mi do gustu, miałam wrażenie, że książka się zestarzała, że trąci myszką. Jednak z każdą kolejną stroną wciągnęłam się. Zwłaszcza po przeczytaniu biografii Tyrmanda, można w niej odnaleźć kilka biograficznych odniesień.
Podobnie miałam z książką Remigiusza Grzeli "Podwójne życie reporterki, Falacci. Torańska". Grzela w fascynujący sposób opisał te mocne postaci dziennikarstwa. Pokazał co kiedyś znaczyło być dziennikarzem, że liczyła się rzetelna, prawdziwa wiadomość, a nie chwytliwy tytuł, który ma przyciągnąć czytelnika do nic nie znaczącego artykułu. Świetnie zestawił kobiety, które w różny sposób dochodziły do prawdy, które w pracy osiągnęły bardzo wiele. Bardzo dobra książka. Kiedyś czytałam "Smoleńsk: Teresy Torańskiej. Kilka lat temu wstrząsnęła mną ta książka, bo autorka potrafiła bezstronnie pokazać tragedię ludzi z różnych środowisk politycznych. Nie była łatwa, bo mówiła o czasach nieodległych, ale bez oceniania. Na pewno przeczytam kolejne książki Torańskiej. Grzela natomiast zachęcił mnie do sięgnięcia po coś Fallaci. Na moim kindlu znalazłam jej"Podróż po Ameryce". Świetna książka, dowcipna, ironiczna. Fallaci opowiada o Stanach widzianych oczami Europejki, lekko, ale wnikliwie.

I to by było na tyle. Może do następnego razu:)))